Rozpoczęło się całkiem zwyczajnie... czyli od spóźnienia. Szybkie pakowanie DUŻEJ ilości bagażu, jedzenie wczorajeszej Lasagne w biegu oraz odebranie umówionych "rideshare'owców" - Bob'a, który okazał się bardzo otwartym i pozytywnym starszym panem oraz Gareth'a - post-hippisa, którego "ulubionym" sposobem przemieszczania się jest wskakiwanie na pociągi... Bob z żoną mieszkają na łodzi, w minione wakacje wybrali się razem na swej cudownej łajbie na Alaskę... Też chciałabym mieć w tym wieku tyle energii i takie pomysły ;) W tym zacnym gronie rozpoczęliśmy naszą podróż w kierunku Portland.
Portland okazało się cudownym miastem z tramwajami wprost wyciągniętymi ze śląskiej metropolii ;) Pierwszym na co trafiliśmy w tym miejscu była Fiesta Italiana i bosko śpiewający Moreno Fruzzetti. Szkoda, że Marcin tak nie potrafi... Następnie udaliśmy się do Oldtown - Chinatown District, gdzie dotarliśmy do świątyni buddyjskiej... dziwne doświadczenie widzieć minicha odmawiającego mantrę (?) z laptopa ;) Kolejna część to szukanie "aerial tram'u", szukanie, szukanie... cóż w końcu dotarliśmy - 5 min podróży na wzgórze z czterema szpitalami na szczycie i cudowny widok na miasto prawie z lotu ptaka.
Część trzecia tego dnia to podróż do Eugene, w której towarzyszył nam Josh z New York (a od niedawna z Portland), kolejna pozytywna osoba napotkana tego dnia. Po 2 godzinach jazdy lądujemy w Eugene u Leeann - poznanej przez hospitality club cudownej osoby. Razem z Leeann i jej mężem Steve'em oraz Danielem z Puerto Rico udajemy się na święto Eugene. Nasi przyjaciele grali na tym festiwalu wraz z zespołem muzyki brazylijskiej. Była zabawa :)
aaaaaaaa zapomniałam nadmienić najważniejsze, na koncert jechaliśmy na pace pick-up'a, uwielbiam to!!!
W Eugene zostaliśmy przywitani bardzo ciepło i sympatycznie jak zwykle, już teraz żałuję, że spędzamy tu tylko jedną noc.
Wieczorem czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka - napisał do nas człowiek z CouchSurfing z propozycją noclegu w Mountain View oddalonego 40 mil od San Francisco, jupi! Jednak nie czeka nas spanie w przydrożnym rowie :)
Dziś krótki sen, a jutro Crater Lake National Park.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz